Pan Mysz to mała, śliczna
myszka, szaro-beżowa z czerwonymi oczkami i jasnym, prawie białym brzuszkiem.
Jego pierwszy kontakt z człowiekiem nie był szczęśliwy, gdyż został wzięty ze
sklepu przez jakiegoś głupka, który chciał sprawdzić co jego kot zrobi z myszą.
Przypadkiem usłyszał o tym mój mąż, zabrał chłopakowi myszkę i przyniósł do
domu. W ten sposób Pan Mysz dołączył do naszej szczurzej rodzinki.
Pokochałam go
od razu, jak tylko wcisnął mi się do rękawa - taka malutka, cieplutka kluseczka.
Jest ciekawskim i bardzo spokojnym myszem. Nigdy nie
sądziłam, że myszka lubi być głaskana, drapana i przytulana, zawsze mi się
wydawało, że takie maleństwo tylko ucieka i wszystkiego się boi. A on uwielbia drapanko, spryciul nadstawia raz jeden boczek, raz drugi, wypina się, naciąga,
potem siada, myje pyszczek i zaczyna biegać. Spacerek z nim jest dość trudną
sprawą, bo jest tak mały, że w najmniejszą szparkę się wciśnie i jeszcze bym go
nie znalazła, musi więc być pod ścisłą kontrolą. Pan Mysz reaguje na głos, co
też wydawało mi się nieprawdopodobne, że można sobie z myszą pogadać. Kiedy
zaczynam mówić, myszek wychodzi ze swojego domku, czasem wcześniej wygląda przez
okienko (bo ma domek z oknami
), staje tylnymi łapkami na miseczce i zagląda.
Wtedy wkładam rękę, a on najpierw mnie obwąchuje a potem „wsiada do windy”, tak
to nazywam, robię łódkę z dłoni, Pan Mysz wchodzi na rękę i wyjeżdża do góry.
Nauczył się nawet brać jedzonko z ręki, ale musi to być jego przysmaczek (dropsik
Vitakrafta), nic innego nie weźmie. Resztę jedzonka trzeba zostawić w miseczce,
a wtedy przyjdzie, ciekawsko wszystko powącha i ponadgryza i ewentualnie zacznie
coś jeść. Niestety ostatnio Pan Mysz ma chore uszka, byliśmy u weterynarza,
dostał antybiotyk i dał sobie uszka posmarować. Był bardzo grzeczny, jakby
rozumiał, że chcemy mu pomóc.
Uszka goją się ładnie, a Pan Mysz
dzielnie poddaje się zabiegom, choć chyba powoli mu się to nudzi, bo zwykle
kiedy go wołałam szybko wychodził z domku, a teraz najwyraźniej zaczyna mieć
mnie dosyć i nawet noska nie pokazuje. Czasem udaje tygrysa i jak wkładam rękę
do jego domku, napada mnie znienacka i łapie za palec. Jest jednak tak mały i
robi to tak delikatnie, że nic nie czuć, tylko śmiesznie to wygląda.
Nie widziałam myszola przez miesiąc i muszę stwierdzić, że mój mąż zrobił z nim
cuda. Pan Mysz nigdy nie był dzikuskiem, ale teraz stał się strasznie
towarzyską, milusińską myszką.
Zachowuje się czasami jak szczurek
miniaturka (czasem nawet jest bardziej towarzyski niż była moja Niuńka za młodu)
i w zasadzie ja go tak traktuję - jak mini szczurka
Aż widać po nim że jest spragniony kontaktu z nami, jak tylko zaczynam do niego
mówić on wybiega z domku i staje na dwóch łapkach – prosi żeby go wziąć na
rączki
i natychmiast wchodzi na rękę. Sposobem na rozbestwienie Pana Mysza stał się
kocyk. Zawsze gdy wychodził na spacer, biegał po kanapie i nie miał się gdzie
schować. Kiedy mieszkał miesiąc z moim mężem, dostawał dodatkowo kocyk na kanapę
i poczuł się z nim tak bezpiecznie, że teraz buszuje w kocu i wkoło koca.
Kiedy chodzę
koło kanapy, po której myszol spaceruje, on biega za mną i próbuje do mnie
dosięgnąć i się wspiąć. Może nie bawi się jak szczurek (aż tyle nie mogę od
niego wymagać), ale jest towarzyski i wesoły.
W razie, gdy się przestraszy może
zakopać się pod kocyk i tylko po chwili nosek wystawia, a jak go wołam zaczyna
ruszać się pod kocem – pokazuje że jeszcze tam jest
i za chwilkę wychodzi zaciekawiony czy będą go przytulać... Drapany i głaskany
może przesiedzieć godzinę, nastawiając policzek, boczek, główkę, takie rozkoszne
stworzonko z Pana Mysza...
Pan Mysz ma prawie dwa lata, to bardzo dużo jak na myszę…Widać już to po nim, trochę łysolek, trochę niesprawny, sztywne łapki, plecki nie chcą się zginać, oczka nie są już takie pięknie rubinowe (może słabiej widzi) tylko bardziej szkliste. I choroby znów wracają… cały czas od ponad roku walczymy z drapaniem, wszystko wykluczone, nie świerzb, nie grzybica, raczej nie alergia - wszystkie leki wypróbowane, poprawy były ale krótkotrwałe. Chyba ma chorą wątrobę, ale czy coś mu pomoże…Na pewno ma już dosyć ciągłych wizyt u weterynarza, zastrzyków, niedobrych leków do pyszczka i tych maści. Nawet połasić już się za bardzo nie lubi, ale co się temu dziwić, przecież te ręce, które go głaszczą robią mu ciągle jakąś „krzywdę”. Tylko po główce daje się pogłaskać, tak przez chwilkę, nie za długo, ale są jeszcze małe przyjemności. Pan Mysz jest już po prostu dziadkiem - Dziadek Mysz… jest jak ta mysza z filmu „Zielona mila”, taki sam piękny i mądry… i będzie żył tak samo długo…choć już po drugiej stronie tęczy, na zawsze w naszych wspomnieniach...mój mały Mr. Jingle...