Moje dwie panienki nazywają się Bella i Skipi, wyjątkowo nie są prezentem urodzinowym ale można powiedzieć, że są prezentem noworocznym, gdyż przybyły do nas zaraz po Nowym Roku, dokładnie 02.01.2004r. Dziwnym zbiegiem okoliczności wszystkie moje szczuraski w swojej dacie urodzin u mnie (czyli dzień ich przybycia do naszego domu) mają dwójkę. Mam nadzieję, że to dobra liczba, dla mnie w każdym razie jest szczęśliwa, bo powiększa się moja szczurza rodzinka. Panienki otrzymały imiona adekwatne do ich wyglądu i zachowania. Bellunia imię zawdzięcza swojej urodzie, jest po prostu idealnie piękna. Zmyliła nas tym swoim wyglądem, gdyż początkowo miała być chłopczykiem, ale coś mi się taka właśnie zbyt śliczna jak na chłopczyka wydawała. Tak się zapatrzyłam w ten jej cudny pyszczek, że gdzie indziej niezbyt dokładnie patrzyłam, ale nieporozumienie wyjaśniło się już po dwóch godzinach, gdy maleństwo trochę ochłonęło, wzięłam ją na ręce i dokładnie obejrzałam. No i okazała się panienką. Natomiast druga dziewczynka od początku była zidentyfikowana właściwie, a imię Skipi otrzymała dzięki swojej skoczności. Skakała po całej klatce ( i dalej tak skacze), potrafiła odbić się od dna klatki i zawisnąć czterema łapkami na suficie, udając nietoperza. Skipi nawet jak biegnie to wygląda jakby biegła w podskokach. Ma tak mocne wybicie do skoku, że czasem jak gdzieś wskakuje zostaje jej zapas na górze, tak że z powodzeniem mogłaby wskoczyć jeszcze wyżej. Obie panienki są szczurkami husky, tak chcieliśmy przez sentyment do Misia. Teraz mają piękną srebrzystą sierść, początkowo były szare z „dziecinnym” meszkiem jeszcze.
Wychowane od początku razem, bo to siostrzyczki, wszystko robią razem. Śpią w podwieszanym „gniazdku” zrobionym z kołowrotka i pomimo, że „gniazdka” są dwa, śpią razem w jednym. Nie wiem co będzie jak urosną, chyba „gniazdko” się pod nimi urwie, przy założeniu, że w ogóle się tam we dwie zmieszczą. Wyglądają tak słodziutko wtulone w siebie, mogłabym godzinami na nie patrzeć. Czasami prawie umieram ze śmiechu, gdy jedna podgląda co robi druga i zaczyna robić to samo. Na przykład jedna zaczyna się myć, druga podchodzi, zagląda jej w pyszczek, wącha i też zaczyna się myć. Nie wspomnę już o jedzonku, bo każda musi dostać swój najlepszy kąsek i to w tym samym czasie, bo inaczej próbują się „podzielić” jednym. Kiedy wchodzę do pokoju zwykle pierwsza budzi się Bellunia i biegnie zobaczyć kto przyszedł, zaraz za nią wyskakuje Skipi i razem wiszą na klatce, wysuwając swoje ciekawskie noski przez pręciki. Dziewczynki choć zachowują się podobnie, charakterki mają różne. Odważniejsza i bardziej towarzyska jest Bellcia, ona od początku mniej się boi ludzi i otoczenia. Jednak jeżeli chodzi o zdobywanie nowych terenów prym wiedzie Skipi, ona szybciej się nudzi tym co już zna i szuka dalszych wrażeń. Skipi pierwsza nauczyła się uciekać z kanapy, wskakiwać na krzesła i na wszystka co się da, zresztą na co się nie da też, próbuje zdobywać nawet ściany, poziom już jej nie wystarcza. Jest jednak przy tym bardziej płochliwa, jak się czegoś przestraszy, ucieka i przez długą chwilę boi się wystawić noska z kryjówki. Skipi ma trochę bardziej niezależną naturę, czasem woli sobie sama zwiedzać okolicę, zamiast bawić się z nami ( tzn. ze mną i z Bellcią), choć nie mogę narzekać, czasem jak zacznie mnie zaczepiać, to nie mogę się opędzić. Natomiast Bella bardziej lubi przebywać koło mnie, łazi po mnie, wchodzi mi nawet na głowę. Tak ładnie bawi się z moją ręką, gonimy się i przewracamy, ja staram się naśladować jej zabawy z siostrą, tylko nie zawsze mogę za nią nadążyć i wejść tam gdzie ona by chciała np. za kanapę. Dziewczyny poza zabawą próbują też swoich sił w symulowanej walce. Zwykle wygrywa Skipi, przewraca Bellunie na plecki, a ta zaczyna piszczeć, jednak nie robi tego, dlatego że coś jej się dzieje, tylko, jak zauważyłam, tak dla zasady „uwaga to ja jestem taka biedna, malutka a ona mnie napastuje”. Skipi natomiast jest bardziej waleczna, lubi się stawiać, nawet jak Niuńka je „napadała”, Bellcia zawsze się poddawała, a Skipi próbowała walczyć. Bardzo fajnie moje panienki „witają” osobę wchodzącą do pokoju, w którym buszują, od razu biegną i wskakują „na rączki” tzn. wdrapują się po nogach do góry.
Tak szybko minęło pół roku, a nawet trochę więcej (7 m-cy), a dziewczyny
wciąż wydają mi się takie malutkie. Tymczasem one już są prawie dorosłe... Są
fantastyczne, cudowne i niesamowicie do nas przywiązane. Wydawało mi się, że
samotny szczuras bardziej związuje się z człowiekiem, w końcu ma tylko jego i
powinien traktować go jak swoje stado. Chyba jednak nie jest tak do końca,
oczywiście wiele zależy od charakteru szczurka, ale ostatnio przeczytałam, że
dwie samiczki bardziej się związują z człowiekiem niż jedna i chyba coś w tym
jest. Przynajmniej jak patrzę na moje dwa szkraby i mam porównanie do samotnej
Niuńki, różnica jest wielka. Sama nie mogę w to uwierzyć, że one są tak bardzo z
nami zaprzyjaźnione. Na początku obawiałam się, że dziewczyny będą miały siebie
więc ja nie będę im potrzebna, ale teraz widzę, że one mnie „kochają”
Kiedy
wychodzą na spacer biegną od razu do mnie, potem co chwilę przybiegają sprawdzić
czy jestem z nimi i trochę po mnie połazić. Tak słodko dają mi czasem buźki,
zwłaszcza Bellunia. Moje szkraby są wręcz czasem zazdrosne o siebie, bo gdy
jedna przychodzi się poprzytulać, zaraz druga też przybiega i się wpycha na
kolana. Najbezpieczniej zaś czują się pod moją bluzką. Jeżeli coś je przestraszy
lub nie czują się zbyt pewnie zawsze wdrapują mi się za bluzkę i to specyficzną
drogą – przez dekolt. Podobnie robią gdy chcą pójść w nieznane im miejsce a same
się boją, wtedy potrzebuję mnie do ochrony. Wchodzą pod bluzkę i tylko łepki
wystawiają przez dekolt, żeby podglądać co się dzieje w nowym miejscu. Jak już
się oswoją z nowymi widokami, wychodzą, ale co chwilkę przybiegają sprawdzić czy
dalej jestem z nimi. Czasami zachowują się jak miniaturkowe pieski, biegają za
mną krok w krok, nie mogę się bez nich ruszyć i muszę uważać żeby ich nie
nadepnąć, także mam już odruch oglądania się wkoło kiedy się przemieszczam.
No i tak... czas szybko płynie,
szkraby już nie są takie małe, to półtoraroczne śliczne dziewczynki. I jak to
“prawdziwe kobiety” ;) miewają czasem swoje humory. Z dnia na dzień z radosnych
rozbieganych szczurasów, zmieniają się w wystraszone, bojące się wytknąć nos z
za kanapy szczurony. Nie wiem od czego to zależy, może od pogody... może duchy
jakieś widzą
...po kilku dniach wszystko wraca do normy, jednak sytuacja za
jakiś czas znowu się powtarza. Ot, humorki czasem im nie dopisują, tylko
dlaczego zwykle obydwie mają zły dzień…Obecnie nadeszła fala upałów i moje
panienki nie mają dosłownie siły się ruszać. Żeby troszkę poprawić im
samopoczucie urządzam im „wyprawę na basen”, tzn. nalewam letniej wody do
szklanego pojemnika (niezbyt dużo - tak tylko po brzuszki), wrzucam parę
zielonych groszków na zachętę i dziewczynki wyławiają je sobie. Początkowo
troszkę się bały, ale parę razy delikatnie włożyłam je do wody i pokazałam
groszki - szybciutko pojęły o co chodzi. Właściwie to Skipi pokazała Bellusi jak
to się robi. Wyglądają komicznie kiedy tak brodzą po wodzie i łapeczką szukają
jedzonka. Taka kąpiel zdecydowanie dobrze im robi, trochę ochłody i moje
rozrabiary są „odświeżone” (w zeszłym roku tak samo bawiła się Niuńka, ale ona
była sprytniejsza, stawała na brzegu naczynia, obchodziła je dookoła i „łowiła”
tam, gdzie groszek był najbliżej – no tak, po co się moczyć?)
Dziewczyny są wyczulone na odgłos otwieranej klatki, ale nie ich, tylko klatki Niuńki (a obecnie Pana Mysza). Cokolwiek by nie robiły – śpią czy jedzą – natychmiast, gdy usłyszą leciutki trzask drzwiczek klatki sąsiada, biegną do swojego wyjścia i wystawiają mordki przez kraty. Takie zachowanie ma ścisły związek z odżywianiem, gdyż zawsze liczą wtedy na małą przekąskę, co czasem następuje, ale gdy jedzonka nie dostaną odchodzą z “zawiedzioną minką”.
Każda dziewczynka ma
swój charakterek. Bellucha jest jak jej imię piękną i klucha. Grubas, żarłok,
pasibrzuch... to za mało żeby opisać jej miłość do jedzonka. Potrafi zjeść
naprawdę niesamowite ilości, śmiejemy się, że jeżeli którejś nocy usłyszymy
wielkie bum, to Bellusia pękła... Jednak nie jestem w stanie ograniczyć jej
jedzonka, bo mniejsze porcje sprawią, że i tak “dbająca o linię” Skipi zamieni
się w patyczaka. Bellucha jest bardziej towarzyska, zwykle to ona pierwsza
wychodzi z ukrycia, przybiega na wołanie lub gdy usłyszy, że ktoś akurat
przechodzi przez przedpokój. Taka z niej grubiutka przylepka... Skipi natomiast
szybka, skoczna, jest bardziej skryta, chodzi swoimi ścieżkami, robi to na co ma
ochotę, nie zawsze jest to równoznaczne z tym co ja bym akurat chciała. Ma za to
pewną szczególną przypadłość, która dodaje jej niezwykłego uroku – potrafi
rozmawiać, zwłaszcza jak coś jej nie pasuje, nie jest po jej myśli
lub jest
najzwyczajniej zdenerwowana. Gada czasem jak nakręcona, popiskuje, chrumka,
wygląda to przekomicznie, kiedy ja próbuję jej odpowiadać, a ona wtedy piska
coraz głośniej, jakby się ze mną kłóciła. Ostatnio to wręcz na mnie krzyczała...
Skipi to taki mały porządkowy szczuruś, zawsze to ona buduje gniazdko, znosi
papierki, sianko, a gdy domek jest już gotowy Bellucha tylko wskakuje i mości
się po swojemu. Skipcia jest też domową fryzjerką – czyścicielką, wymywa, iska,
pielęgnuje - oczywiście nie tylko siebie, ale i siostrzyczkę. W związku z tym
grubas, leniwiec czyli królewna Bellcia nie robi nic (poza jedzeniem i
śmieceniem)…bo i po co? służąca Skipi zrobi wszystko
.
Patrzenie na te dwa potworki jest lepsze niż oglądanie telewizji, czasem nawet nie zdaję sobie sprawy ile czasu mi ucieka, gdy tak się na nie zapatrzę. Niezależnie od tego, czy są akurat w domku czy na spacerze, tak skutecznie absorbują uwagę, że odciągną od oglądania nawet najciekawszego filmu. Tyle radości dają moje szkraby...
Szczególnym dniem w życiu Bellusi był 19.11.2005r. – tego dnia moja mała dziewczynka mając dwa latka dostała „nowe życie”. Początek historii przypada jeszcze na okres wakacji, wtedy zauważyłam niewielki guzek na lewym boczku Bellusi. Niestety od razu przychodzi myśl, że guzek to najgorsze paskudztwo jakie spotyka nasze szczuraski, że mogą być przerzuty i że…, ale postanowiliśmy, że dopóki dziewczynka czuje się dobrze a guzek nie rośnie zbyt szybko, będziemy czekać i obserwować. Szczerze mówiąc bałam się nawet pomyśleć o operacji, wydawało mi się, że ponad półtoraroczny szczura jest już za stary i może nie wybudzić się z narkozy. Guzek początkowo rozwijał się powoli, jednak niestety około października powiększył się węzeł chłonny pod lewą łapką, guzek też zrobił się duży. Również po Bellusi zaczęłam zauważać, że choroba jej dokucza, nie była już taka sprawna, miała kłopoty z wejściem gdziekolwiek, nie bardzo chciała spacerować, tylko przychodziła i się do mnie przytulała. Dobrze, że chociaż apetyt miała, ale nawet wydostanie jedzonka z miski sprawiało jej pewien problem. Trzeba było jej pomóc, postanowiliśmy usunąć paskudztwo i wierzyliśmy, że będzie dobrze. Dzień przed zabiegiem obie dziewczynki nie dostały wieczorem „kolacji”, Bellusia miała nic nie jeść, a że nie chcieliśmy ich rozdzielać, żeby nie wywoływać niepotrzebnie dodatkowego stresu, także Skipi miała głodówkę. Byliśmy umówieni na samo południe. Operacja trwało około pół godziny, wcześniej drugie pół godziny goliliśmy maleńką, była grzeczniutka i wszystko dawała sobie ładnie zrobić, tylko zastrzyk ze środkiem usypiającym troszkę ją zabolał, bo dostała go domięśniowo w udko. Zabieg przeszedł sprawnie, bez żadnych komplikacji. Bellusia się wybudziła, dostała dodatkowo tlen no i oczywiście antybiotyk, a gdy usłyszała mój głos poruszyła łepkiem – to był dla mnie znak, że wszystko będzie dobrze. W domku Bellusia wylądowała w ciepłym akwarium i dochodziła do siebie, leżała bidulka taka bezradna, a jej oczka zdawały się pytać „co się dzieje, dlaczego nie mogę się poruszyć?” Z godziny na godzinę było coraz lepiej, początkowo podnosiła główkę, niezdarnie się podczołgiwała, potem zmieniła położenie i wierciła się coraz bardziej. Czuwaliśmy przy niej całą noc, bałam się żeby do szwów nie próbowała się dobierać. Dostała wody, a gdy była silniejsza trochę jogurtu, nad ranem zjadła ryż z gerberkiem i sobie odpoczywała. Grzeczna dziewczynka jakby wiedziała, że szwy muszą być, bo kompletnie się nimi nie interesowała. Dobę po operacji było wprost rewelacyjnie, gdy ją wzięłam na ręce, żeby zmienić jej posłanko na świeży ręcznik, mały rozbójnik nie chciał wrócić do akwarium, co ją wkładałam, ona stawała na łapki, naciągała się i próbowała dostać do górnej krawędzi żeby wyjść – bałam się, że szew jej się rozerwie takie akrobacje robiła. Nie było rady – koniec z ciepełkiem w akwarium, przenieśliśmy Bellusię do drugiej klatki i tam spędziła tydzień rehabilitacji. Teraz znowu jest radosnym, jakby trochę odmłodzonym szczuraskiem, czasem widać na jej pyszczku, w całym jej zachowaniu taki powiew młodości, jakby cieszyła się nowym życiem.
Całą sytuację
najbardziej przeżyła Skipcia, zabrakło jej siostrzyczki, nie miała do kogo się
przytulić, poiskać, nie miała z kim spać…Pierwszego dnia była naprawdę smutna,
gdy tylko otworzyłam klatkę, przybiegła i zaczęła piskać swoim zwyczajem, jakby
pytała „gdzie Bellka?” Nie pomogło pokazanie jej Bellusi, powąchała tylko, ale
chyba nawet zapach siostrzyczki był inny – pewnie bardziej szpitalny… zresztą
przy całej szczurzej mądrości, czy ona mogła zrozumieć, że to tylko chwilowe
rozstanie, że za tydzień będą znowu razem mieszkać. Spotykały się co prawda w
czasie spacerów, ale to nie to samo, co czuć ciepło siostrzyczki obok siebie…
Korzyść z tego chwilowego rozstania odniosłam ja – mianowicie Skipcia zaczęła
mnie iskać!!!, mój mały Skipolek, który nigdy mnie nie iskał, choć tyle razy
(codziennie w zasadzie) ja smyrałam, drapałam i różne inne rzeczy wymyślałam,
żeby ją jakoś zachęcić, a ona nie chciała, w tych samotnych dniach nauczyła się
mnie iskać… i zostało jej do teraz ![]()
Niestety znowu nadeszły smutne chwile… paskudna bariera wieku – dwa latka plus miesiąc góra dwa… tym razem Skipcia rozstała się z Bellusią na dłużej… spotkają się znowu po drugiej stronie tęczy… Mój mały robaczek – Bellusia – odeszła od nas… a mnie przy niej nie było, nie pogłaskałam jej po brzuszku, nie przytuliłam… Dwa tygodnie w szpitalu, już miałam wychodzić, myślałam że zdążę… zabrakło dwóch dni… Wszystko spadło na męża – mówi, że wszystko mu się zaczęło psuć – coś w samochodzie, coś w domu i Bellusia też się „zepsuła”… Może tak właśnie miało być, żebym trochę mniej cierpiała, ale została mi taka kłująca drzazga w sercu, że nie odprowadziłam mojego szkraba, że mnie nie było… Na szczęście Belucha się nie męczyła, po prostu z dnia na dzień zrobiła się słabiutka i nie zdążyła dojechać do lekarza, usnęła po drodze, tak żeby nikt nie widział… W pamięci zostały mi jej czarne oczka tak ufnie patrzące na nas… mój mały przytulasek…
Skipcia została sama, jaj dni też zbliżają się do końca… Szukała siostrzyczki, znowu jej zabrakło… Ma takie smutne oczka, może nawet nie smutne ale zmęczone. Widać w nich starość, na całej mojej pięknej szczurzej mordce widać starość. Skipolek też ma guzy – dwa – niezbyt duże, ale być może są inne w jej ciałku. Nie będzie miała operacji, myślę że by jej nie przeżyła. Jest bardzo chudziutka, nigdy nie miała zbyt dużo ciałka, ale teraz można wyczuć wszystkie kosteczki. Mało je, głównie swoje przysmaki – kaszki, deserki, gerberki – dobrze, że chociaż na to ma ochotę. Jest na szczęście dość sprawna, chodzi na spacerki, w domku też nie ma większych problemów, żeby gdzieś wejść, tylko te jej oczka wszystko mówią… Kiedyś przeczytałam, że u szczura wszystko widać w oczach. Naprawdę kiedy jest młody widać strach przed nieznanym – człowiekiem, otoczeniem, gdy się troszkę oswoi pojawia się ciekawość, radość, psotne iskierki, potem pojawia się mądrość dorosłego szczura, ufność, rozwaga, na koniec widać kiedy szczura już się poddał, już nie chce walczyć o życie, jakby było mu zbyt ciężko. Ten ciężar życia widać teraz w czarnych oczkach mojej Skipci…
Zgasła iskierka nadziei… Dziesięć dni po Bellusi odeszła Skipusia. Teraz już są na zawsze razem… po drugiej stronie tęczy…