
Misiu był moim
najwspanialszym prezentem urodzinowym (02.06.2002r.
to jego data urodzin u mnie). Kiedy wyjęłam go z pudełeczka i
posadziłam na kolanach, zobaczyłam jaki z niego śliczny szaro-biały (wręcz
prawie czarno-biały), przestraszony szczurek. Jego kolor zmieniał się z wiekiem,
aż stał się srebrny, teraz już wiem – on był po prostu szczurkiem husky – ale
wtedy wydawało mi się to dziwne, że tak się przebarwia. Z malutkiego szczureczka
wyrósł na olbrzymiego ( może troszkę utuczonego ) Misia. Od początku był
niesamowicie grzecznym, przywiązanym do nas szczuraskiem i strasznym
pieszczochem. Dopóki był malutki
prawie mnie nie opuszczał tzn. biegał po podłodze koło mnie, a jak tylko się
czegoś przestraszył wskakiwał na mnie i się chował, tylko ciekawsko nosek
wystawiał. Później stał się odważniejszy, dochodził już do końca dywanu, ale jak
tylko poczuł podłogę pod łapkami zawracał i wskakiwał na kanapę posiedzieć koło
mnie. W końcu nadszedł ten dzień i mój Misiu zaczął zdobywać już cały pokój bez
ograniczeń, jednak gdy tylko załapał stracha uciekał za kanapę albo do mnie
.
Misiu był bardzo mądrym szczurkiem, zawsze twierdziłam, że rozumiał co się do niego mówi. Kiedy wołałam go z kuchni „Misiu chodź na jedzonko” , gdziekolwiek był, pędził szybciutko i stawał na tylnych nóżkach pod moimi nogami. Przysmaczek zwykle był konsumowany na miejscu. Często siedzieliśmy z mężem w kuchni, a Misiu przychodził nam towarzyszyć, tak fajnie tupał po kuchni, tylko tam było słychać jak chodzi. Szczurcio tak w ogóle zwiedzał prawie całe mieszkanie, tylko do „komputerowni” nie był wpuszczany, nawet nie ze względu na ilość kabli, bo on nigdy nic nie gryzł, ale tam po prostu jest za dużo zakamarków, bałam się, że wejdzie gdzieś i nie będzie mógł wyjść. Misiu miał swój poranny rytuał podawania jedzonka, otwierałam klatkę a on stawał w drzwiczkach, kładł łepek na moją rękę i następowało kilkuminutowe drapanko za uszkiem. Następnie wychodził z klatki – jakieś dwa kroki dosłownie – wracał i zamykałam klatkę, a on siedział przed wejściem i czekał na jedzonko. Wracałam z miseczką, Misiu po otwarciu drzwiczek zabierał łakomie coś z miseczki i wtedy dopiero mogłam ją spokojnie postawić. W ogóle Misiu był małym żarłoczkiem, nigdy nie zapomnę jak się biedactwo moje zestresowało, gdy kiedyś wyjechaliśmy na jeden dzień. Misiu dostał rano ok. 4 (to właściwie jeszcze w nocy) dużą porcję jedzonka i tłumaczyłam mu żeby rozłożył to na cały dzień, ale coś chyba nie zrozumiał i gdy wróciliśmy zobaczyłam przerażone szczurcio biegające po klatce. Naprawdę w jego oczkach widać było potworną panikę, nie strach, bo gdy się bał wyglądał inaczej. Wszystko było zjedzone, a gdy dałam mu jego porcyjkę, rzucił się na nią łapczywie. Nie wiem czy tak się przestraszył, że nie ma jedzonka, czy że nas długo nie było a on został sam, czy może jedno i drugie tak na niego wpłynęło, wiem że widziałam go w takim stanie po raz pierwszy i ostatni, bo więcej sam już nie został na "tak długo". Moje maleństwo miało też swoje inne przyzwyczajenia. Wychodząc na spacerek, nigdy nie uciekał od razu zdobywać teren, tylko podchodził się przywitać i połasić, dopiero później mógł już spokojnie zwiedzać. Kiedy wychodziłam z pokoju i chciałam zamknąć drzwi, żeby zostawić go na chwilę samego, musiałam biec do drzwi, a i tak ledwo udawało mi się wyjść z pokoju, tak za mną gonił malutki Misiaczek. Potem patrzyłam przez szybkę co on robi, a maluszek siedział na kanapie, patrzył na drzwi i czekał. Taka sama sytuacja była gdy Misiu zostawał w pokoju z moją mamą, siadał na kanapie, a jak mama mówiła: „Misiu gdzie jest Ania?”, on spoglądał znacząco na drzwi.
Pamiętnym dniem w życiu
Miśka była przeprowadzka do nowej klatki. Byliśmy tacy zadowoleni, że kupiliśmy
mu nowy, duży domek, tymczasem on naszego entuzjazmu za bardzo nie podzielał.
Pierwsza próba: Misiek na spacerze, klatka stoi na podłodze, żeby ją sobie
pooglądał, obwąchał, wszedł... brak zainteresowania z jego strony, ot sobie coś
stoi na podłodze, ale żeby tam wejść to już niekoniecznie, bo i po co? tyle
innych rzeczy dookoła. Druga próba: Misiek na rękach, ale jak go włożyć do
klatki przez małe drzwiczki, kiedy on wygląda jak nietoperz... broni się “rękami
i nogami”, zapiera, zahacza łapkami o wejście i całym swoim wielkim ciałkiem
zasłania drzwiczki. Trzecia próba: Misiek w klatce, ale w ogóle mu się nie
podoba, robi wszystko żeby się wydostać. Z bólem serca zostawiłam go w tej
klatce na noc, wyglądał tak rozpaczliwie, biegając po piętrze, gryząc pręty i
wtykając nosek pomiędzy nie. Jednak stwierdziłam, że jedynym sposobem
przyzwyczajenia go do nowej klatki, jest po prostu zamknięcie go tam (z Niuńką
nie było takiego problemu, ona wpychała się wszędzie, a cudza klatka zawsze
bardziej ją interesowała niż jej własna). Misiek został więc w nowej klatce, a
kiedy rano go zobaczyłam, wyglądał jak mała sierotka z brudnym noskiem -
widocznie pręty klatki były trochę zakurzone, a Misiaczek skutecznie przez całą
noc je odkurzał
. Po jednym dniu moje maleństwo przyzwyczaiło się do nowego
domku, szczególnym upodobaniem zaś obdarzył półeczkę, na której rozpłaszczał
swoje ciałko...
Po roku dołączyła do nas
Niuńka i zaczęło się małe szaleństwo. Początkowo Niuńka traktowała go jak
mamusie i próbowała sobie possać
, oj jak on przed nią uciekał... Miał jej tak
dosyć, że wskakiwał na oparcie kanapy ( Niunia tam jeszcze nie potrafiła wejść)
i patrzył na nią z góry mrużąc oczy – wyglądał jak kocur polujący na mysz.
Później role się odwróciły i Misiek zaczął za nią biegać, a ona go odtrącała,
kopiąc go tylną nóżką. Pewnego razu wyszliśmy na cały dzień, wracamy a tu nie ma Niuńki, uciekła z domku. Szukaliśmy jej godzinę, ale nawet nie umieliśmy
stwierdzić, w którym jest pokoju. Wtedy wpadłam na pomysł wypuszczenia detektywa
Misia. Wyglądało to super. Misiu obwąchał jej domek i pobiegł, ja za nim, minuta
i już wiedziałam gdzie jest Niuńka. Bezbłędnie znalazł swoją dziewczynę pod
szafką , spała w kabelkach, całe szczęście, że była malutka i jeszcze wtedy nie
gryzła elektryki.
Misiu żył z nami ponad półtora roku, teraz analizując jego zachowanie, myślę, że pierwsze oznaki choroby zaczęły się miesiąc wcześniej, nie wyglądało to groźnie. Nasilenie i kryzys nastąpił przed świętami, chodziliśmy do weterynarza, dostawał zastrzyki, ale gdy jego stan był już bardzo zły ulżyłam jego cierpieniom. Myślę, że to było dla niego najlepsze. Bardzo nam go jednak brakuje...